16.10.2018

Nad Hawaną widać gwiazdy


Hawana śmierdzi spalinami i uryną. Poraża biedą i brudem. Wypełniają ją dźwięki samochodów, ludzi i muzyki. Praktycznie przez całą dobę, bez przerwy. Bo Hawana nigdy nie zasypia. Jakby coś kazało jej trwać nieprzerwanie w ruchu i hałasie. 

Stara Hawana zachęca turystów kolonialną architekturą ze swoimi wąskimi, tętniącymi życiem mieszkańców, uliczkami. System zadbał o to, aby turysta miał na czym zawiesić oko zwiedzając pięknie odrestaurowane centrum. Wystarczy jednak krok w bok, by zobaczyć jak to wyglądało wcześniej, nim rząd wyczuł, że turysta to pieniądz. Dziesiątki, setki obdrapanych, niszczejących kamienic, przez okna których widać niekiedy błękit nieba. 

A jednak nie sposób nie ulec atmosferze tego miejsca, będącej przede wszystkim zasługą samych Kubańczyków i ich podejścia do otaczającej rzeczywistości. Ich umiejętności uśmiechania się i odnajdowania dobrych, pozytywnych aspektów w realiach, w których Bareja miałby pełne ręce roboty. 



- Słuchajcie obydwoma uszami tego, czego nie wypowiadają usta - mówi ściszonym głosem, mijając nas na ulicy, młody chłopak - Kiedyś my też będziemy podróżować tak, jak wy. 
Za tło tego nieoczekiwanego wyznania robi ściana, na której propagandowy plakat obwieszcza, którąś tam, kolejną rocznicę rewolucji. 



Napisać, że Hawana to miasto kontrastów, to jak napisać, że ziemia jest okrągła. Z jednej strony ciężko bowiem o większy banał, z drugiej zaś, kontrasty te są najbardziej widoczne w miejscach, gdzie kumulują się turyści. Tam można znaleźć sklepy Mango, Jennifer Lopez czy Reeboka. A kilkanaście metrów dalej wchodzisz do marketu z pustymi półkami i kolejką ludzi przed drzwiami, przez które ochroniarz wpuszcza co jakiś czas po kilka osób. Znajomy krajobraz? 


Paula - nasza gospodyni - powiedziała, że na Kubie trzeba wrzucić na luz - musicie się otworzyć, otworzyć swoje serca i umysły na poznawanie Kuby i Kubańczyków, nie śpieszyć się. 




Im dalej od Havana Vieja tym mniejszy ścisk. Ulice nabierają szerokości, przestrzeń się otwiera i nawet w cieniu ciężko się schować przed piekącym skwarem południowego słońca. Zwieńczeniem tej otwierającej się przestrzeni jest ogromny i pusty Plac Rewolucji. Tu odbywają się państwowe uroczystości. Stąd też, w nierzadko wielogodzinnych przemówieniach, zwracał się do narodu Castro. Ale na tym też placu mszę - podczas historycznej pielgrzymki - celebrował Jan Paweł II. Kiedy przez niego przechodzimy nie ma tu praktycznie nic, prócz kilku amerykańskich klasyków, które przywiozły turystów. 

Z tarasu monumentu poświęconego Jose Martiemu rozciąga się panorama na całe miasto. W kierunku zachodnim i południowym więcej już współczesnych blokowisk. Na północy, na tle połyskującego morza, piętrzy się kilkanaście wieżowców. Stara Hawana jest tak gęsto zabudowana, że prawie nie widać nitek ulic. Ponad dachy kamienic wyrasta ogromna kopuła Kapitolu. Stamtąd tu przyszliśmy i tam nas znowu ciągnie, jakby tam biło serce miasta. 


Chodniki pod hotelami, oraz niemal każdy metr kilku skwerków wypełniają tłumy ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów. Internet na Kubie jest drogi i limitowany. Aby zakupić kartę z loginem i hasłem trzeba też swoje odstać w kolejce do biura ETECSY, państwowego przedsiębiorstwa telekomunikacyjnego. W biurze, na ścianie za biurkiem obsługującej nas kobiety, wisi specyficzny baner reklamowy. Chociaż bardziej jest to baner antyreklamowy. Ładna kobieta medytuje na nim w pozycji kwiatu lotosu, a dokoła jej głowy wirują obrazki przedstawiające internet, komputer, telefon. Żebyś wiedział towarzyszu, że wydając swoje pieniądze na te kilkanaście minut dostępu, tracisz spokój. I rzeczywiście sama usługa jest tak niestabilna, że ciężko go zachować próbując złapać połączenie. 



Najszybciej w mieście dostrzega się to, co stało się jednym z symboli kraju. Ikony amerykańskiej motoryzacji z lat 30., 40., 50.. Wszystkie te legendarne pocztówkowe dodge, oldsmobile, chevrolety. W stanie od takich, które wprawiają w zakłopotanie tym, że wciąż jeżdżą w jednym kawałki, po istne perełki wyglądające, jakby dopiero wyjechały z fabryki. Fantastyczny to widok, świadczący o fantazji ale też niesamowitej zaradności Kubańczyków i zdolności do utrzymywania przy życiu tych krążowników. 


Miejscowi od czasów rewolucji i embarga mieli dużo czasu, żeby nauczyć się reanimować to co dawno powinno być trupem. Chyba każdy kubański kierowca jest mechanikiem. Zresztą tu jeśli już ma się samochód, to ma się go najczęściej na całe życie. Bo jeśli średnia pensja wynosi 30-40 dolarów, a koszt zakupu łady to nawet kilkadziesiąt tysięcy, to o to co się ma trzeba dbać najlepiej jak się da. 

- Taxi! Cygara! Karta wifi! - to najczęściej słyszane na Kubie słowa kierowane do turystów. Dokładnie w tej kolejności. Z jakiegoś powodu ludzie uważają tutaj, że turysta chce wszędzie jeździć, chce być ciągle podwożony samochodem, rowerową czy motocyklową rikszą, konną taksówką, czymkolwiek. Jakby chodzenie na piechotę nie przystawało człowiekowi z zagranicy. I opędza się człowiek ciągle od wszystkich: nie!, no!, gracias! I just want to have a walk! Co ciekawe, w większości wypadków krótka odpowiedź wystarcza. Nikt się nie obraża, nie rzuca nic pod nosem. Problem jednak tkwi w ilości - spławisz jednego ale na kolejnych stu metrach usłyszysz to - taxi amigo! - jeszcze kilkanaście razy 


Słońce zachodzi nad Maleconem - ponad 8 kilometrową promenadą ciągnącą się wzdłuż wybrzeża od portu, przez Starą Hawanę, Centrum aż po Vedado - rzucając cień na potężne budynki dawnych hoteli. Na murku tłumy młodzieży. Ciepła bryza orzeźwia nieco duszne za dnia powietrze, przegania zapach spalin. Z wielu miejsc dobiega muzyka. Kiedyś, przed rewolucją, zjeżdżali tu najbogatsi ludzie ze Stanów, gwiazdy kina, mafiosi. Bywali gośćmi potężnych hoteli, jak ówczesny Hilton (Habana Libre) czy Nacional, bawili się w dziesiątkach klubów i wydawali fortuny w tutejszych kasynach, których obrót przewyższał te w Las Vegas. 

Po rewolucji i zbrataniu się kubańskiego rządu ze Związkiem Radzieckim, turystyka na Kubie zniknęła na wiele lat. Dopiero upadek bloku wschodniego, odcięcie kraju od radzieckich funduszy i potężny kryzys, jaki nastąpił w związku z tym w latach 90. sprawił, że władze zaczęły przychylnie patrzeć na przybyszy z zagranicy. A w zasadzie na pieniądze, które skłonni są na wyspie zostawić. I turystyka szybko stała się jedną z najważniejszych gałęzi kubańskiej gospodarki. Jeśli nie najważniejszą. 


O turystę się dba, żeby zobaczył to co warto, żeby podróżował we w miarę komfortowych warunkach, jadł w schludnych restauracjach i nie miał za dużo styczności z rzeczywistością przeciętnego Kubańczyka. Czasem człowiek się czuje jakby był białym panem, któremu wszyscy próbują nadskakiwać. I można bezceremonialnie przegonić starą Kubankę, żeby turysta miał gdzie usiąść. I nikogo to nie dziwi, włącznie z ową kobietą. 
Ale możesz próbować wyrwać się z tego dziwnego schematu, spróbować zrobić coś na własną rękę, pójść do knajpy, w której podaje się tylko kawę i kanapki, za grosze, tam gdzie jedzą miejscowi. Przekonać się jak ubogi jest repertuar jedzeniowy. Kanapka z kiepskim żółtym serem i kawałkiem mięsa. Albo pizza, z jednym bądź dwoma składnikami. Tak się tu je najczęściej. 
Możesz spróbować pojechać kamionem, o ile nie przegoni cię jakiś namolny taksówkarz, który będzie próbował wmówić ci, że dla ciebie są autobusy Viazul, bądź taksówki. Że to transport dla Kubańczyków i zagranicznym nie wolno. Ale możesz próbować, czasem się uda. I nagle okaże się, że Kuba może kosztować trochę mniej, kilkanaście razy mniej. A to jest problem. To nie jest kraj dla biednych ludzi. Znaczy turystów. Transport międzymiastowy jest stosunkowo drogi, szczególnie jak chcesz dostać się do miejsc nieco na uboczu od głównych tras. Jedzenia za bardzo w sklepie nie kupisz, więc musisz jeść w knajpach. Spać możesz w hotelach lub w casa particulares, czyli mieszkaniach udostępnianych turystom. Nie ma spania na dziko, czy hosteli za grosze, nikt też raczej nie zaproponuje ci gościny za free. Jest to nielegalne. A w casach ceny są z góry ustalone, wszędzie praktycznie takie same i za wiele nie ugrasz. Do tego co chwile ktoś chce ci coś sprzedać. I uciekają dutki z portfela, a ty nie możesz zrozumieć, jak to jest, że przyjechałeś do kraju ze średnią pensją 30 dolców, gdzie ludzie na ulicy proszą cię o długopis bo potrzebują do pracy, czy o mleko dla dziecka, a za wszystko płacisz jak w Niemczech. 
Jeśli masz dużo czasu możesz z tym walczyć, oszukiwać system, zgrywać prawdziwego podróżnika. Pewnie się da, spać na dziko i przeżyć miesiąc za 20 dolców. Ale trzeba być wyjątkowo zawziętym. I tracić mnóstwo czasu na ciągłą walkę z przeciwnościami. Trochę nie wiem po co, ale próbuj jeśli tak czujesz. Tylko pamiętaj, to nie tak jak w Tajlandii czy Wietnamie. 
Można też całkowicie w drugą stronę. Z biurem podróży, w ekskluzywnym hotelu na północnym wybrzeżu. W Varadero, czy na Cayo Santa Maria - gdzie na wjeździe na grobli stoi posterunek, w którym sprawdza się dokumenty. Tam nie wjeżdżają przypadkowi ludzie. Jak się wiezie turystów to ok, ale bez nich? Jeszcze kilka lat temu zwykli Kubańczycy w ogóle nie mogli się tam pojawiać. To była enklawa bogatych przybyszów z zagranicy. Ewentualnie kubańskich urzędników. Dziś może trochę odpuścili, ale zwykły Kubańczyk i tak nie ma po co tam jechać. Ani za co. A korzystając z takiej wycieczki możesz się Kubą zachwycić. Bo zobaczysz tylko to, co zobaczyć warto. Pewnie nawet nie zauważysz biedy. 

Stara Hawana jest trochę jak Kuba w pigułce. To co męczy w tym miejscu będzie męczyć na całej wyspie. To co w nim urzeka znajdziesz również w innych miejscach. Więc może nie warto wyjeżdżać poza Hawanę? A może do niej przyjeżdżać, pozostając z dala od stolicy? 
Zaczniesz się zastanawiać już kiedy samolot będzie krążyć nad miastem, zniżając się do lądowania. I poczujesz lekki niepokój, bo może jeszcze nie widziałeś z góry 2,5 milionowej stolicy, która jest tak ciemna. A potem się zdziwisz, że nad Hawaną widać gwiazdy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz